Głos kompanii - czyli słowo, które jest wiele warte

 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Warbook.

 


Lubicie opowieści wojenne?

Dziś porwę Was do świata jednej z nich. Będzie fikcyjnie, nieco fantastycznie i mrocznie, ale spokojnie, nie oferuję oderwanej od hełmu opowieści. Pewne ukazane na kartach książki mechanizmy da się zaobserwować także w naszym świecie.

„Głos kompanii” to najnowsza powieść Michała Cholewy - popularnego w środowisku fantastów autora, działacza Śląskiego Klubu Fantastyki; nagradzanego branżowymi nagrodami. Możecie go kojarzyć z cyklu militarnego „Algorytm wojny”, czy też rozsianych w różnych zbiorach i publikacjach internetowych opowiadań.

Przenosimy się do w Ashven, kraju rozerwanego wojną domową między królewskim rodzeństwem. Prawowity władca wyparł z pomocą sprzymierzeńców siostrę ze stolicy, jednak ta nie powiedziała ostatniego słowa, która wraz z kapłanami mrocznego bóstwa Kordesha próbuje przejąć władzę.

Cały ten świat obserwujemy jakby zza pleców Lirki, nastoletniego i nieco zagubionego pomocnika kupca. Karawana wjechała na teren Ashven z kontrabandą, w związku z czym wszyscy poza Lirką zostają pojmani przez najemną Kruczą Kompanię, pospiesznie osądzeni i powieszeni. Ocalały w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności chłopak dołącza do drużyny. Posiada on bowiem przydatne dla najemników umiejętności – potrafi pisać, czytać, a także porozumieć się w innym języku, co czyni go niemal z marszu tłumaczem i skrybą. Od teraz chłopak będzie uczestniczył w misjach kompanii i nieraz wykazywał się sprytem.

Pozostańmy jeszcze na chwilę w temacie głównego bohatera. Chłopak na kartach powieści ewoluuje z przestraszonego chłopca w sprytnego, wartościowego członka kompanii. Nie ukrywam, że ta postać zaplusowała u mnie ogromnie umiejętnością używania tego, co między uszami. Nieraz bowiem słowem, nie mieczem, jest w stanie naprawdę wiele zmienić.
Skoro już przy plusach jesteśmy – wciągnęły mnie opisy przedstawiające wyznawców krwawego bóstwa Kordesha. Z ogromną ciekawością przyglądałam się opisom rytuałów i czarów rzucanych przez kapłanów, czy fanatycznym zachowaniom wyznawców.
Jak na rasowe militarne fantasy przystało, nie braknie tu także opisów działań wojennych – czytelnik będzie mógł uczestniczyć w fortelach, wszelakiego rodzaju misjach, ale także przyjrzeć się z bliska zaszczutym mieszkańcom odwiedzanych wiosek.

No i last but not least, ale się uduszę, jak o tym nie wspomnę. W „Głosie kompanii” nie ma wątku romantycznego, co jest dla mnie ogromną wartością dodaną. Obecnie wielokrotnie próbuje się sprzedać wariacje okołorozporkowe ukryte pod płaszczykiem fantasy, ale w tej powieści mi tego oszczędzono. Dziękuję. Dostałam odtrutkę od opowiastek „letkich, łatwych i przyjemnych”.

I będzie, że marudzę, ale podobno jak nie ponarzekam, to spać nie mogę. W „Głosie kompanii” irytowało mnie określanie bohaterek według schematu „kolor+włosa”, czyli te wszystkie rudowłose, czarnowłose, siwowłose. To takie moje prywatne odczucie, ale po kilku grafomańskich tekstach, które czarnowłosymi i innymi tego typu stoją, zgrzytnęłam zębami kilka razy.

„Głos kompanii” to obiecujący wstęp do czegoś o wiele większego. To opowieść o przyspieszonym dorastaniu w trudnym czasie, ale także o słowach, które potrafią zmienić naprawdę wiele. Z mojej strony polecam i dziękuję wydawcy za przekazanie egzemplarza recenzenckiego.



Komentarze