Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Przeobraźnia oraz
Adrianną Szymańską-Zacheja. Ogromnie dziękuję za egzemplarz do recenzji.
„Gniew. Gniew to trucizna. Nieokazywany cicho podpala serce,
okazywany płonie najczystszym krzykiem. Jak wampir chce krwi, przemienia w
bestię, aż nie zostanie nic prócz bólu, który był również na początku. Ulga
jest rzadkością. Ulga to przywilej.”
(Adrianna Szymańska-Zacheja)
„Ostatni dzwonek” to kontynuacja uwielbianego przeze mnie „Dzwonka
na długą przerwę”. Poprzedni tom urzekł me serce opowieścią o trudnej licealnej
miłości dwóch chłopaków w małym miasteczku. Z zapartym tchem śledziłam rozwój
relacji Wojtka i Matiego, ale także reakcję ich środowiska na pojawienie się
czegoś, co w mentalności wielu nie jest normalne i powinno zostać zniszczone.
Kibicowałam chłopakom, ale też przyglądałam się wszystkiemu temu, co działo się
w tle: intrydze wokół pola kukurydzy, dyskryminacji (mającej wiele twarzy),
reakcji rodzin na informację o orientacji syna, szkolnemu życiu, starciom
młodzieżowych grupek, ostracyzmowi, tańcowi z ogniem i problemom bohaterów.
Patrzyłam, jak szybko można pozbawić kogoś władzy i jakie są tego konsekwencje.
Gdzieś w tle przewijała się Dominika „Miśka” Stajer. Dziewczyna z pozoru silna,
ale trawiona gniewem i tęsknotą z powodu straty starszego brata. Chłopak jakiś
czas temu odebrał sobie życie, ponieważ ciężko było mu opanować pociąg do osób
małoletnich, a jednocześnie nie chciał skrzywdzić nikogo.
Mamy zatem „Ostatni dzwonek”. Ze względu na to, że część z
Was mogła jeszcze nie sięgnąć po wspomniany wcześniej początek opowieści
(nadróbcie, warto!), postaram się oszczędzić Wam spoilerów.
W tej części na pierwszy plan wysuwa się Miśka. Przed rozpoczęciem
nowego roku szkolnego zakończyła relację, która w poprzednim tomie wydawała się
jej małym happy endem. Widać, że wciąż doskwierają jej problemy dotyczące
utraty brata, ale do tego doszły także dwie nowe straty: zaprzyjaźnionego
wikarego oraz ojca (który nie zginął, ale w wyniku pewnych działań nie mieszka
już z rodziną). Dziewczyna opuszcza się w nauce, podejmuje niezrozumiałe przez
większość decyzje oraz wikła się w nowe, skomplikowane relacje.
W tym tomie można z bliska przyjrzeć się także Michałowi. W
poprzedniej części był on przywódcą Elity – grupy zrzeszającej dzieciaki
lokalnej śmietanki towarzyskiej – oraz głównym prześladowcą Wojtka Wagana. On
również stoi za dwoma mocnymi demaskacjami z tomu poprzedniego: w wyniku
pierwszej stracił przyjaciela (co też z czasem zaczyna go gryźć), natomiast druga
wstrząsnęła całą wioską dogłębnie, bo zburzyła dotychczasowy porządek rzeczy.
Michał w „Ostatnim dzwonku” mieszka w rodzinnym domu sam i trzyma się raczej na
uboczu. W poprzednim tomie zakładał się z kolegami, że zaciągnie Dominikę do
łóżka, teraz dziewczyna zaczyna go naprawdę interesować.
I jest jeszcze ten trzeci: tajemniczy i starszy od bohaterów
chłop z bliznami. Ma auto, imponuje Miśce i się z nią wiąże. Pytanie tylko, czy
ma wobec niej uczciwe zamiary i do czego ta fascynacja zaprowadzi. Do tego
prawdopodobnie z jego grupą powiązane są dość specyficzne graffiti, które
zaczęły pojawiać się tu i ówdzie.
Mamy zatem na pierwszym planie pozbawiony cukru trójkąt, ale
autorka nie zapomina o bohaterach, których zdążyłam polubić. Relacja Janka i
Kornelii rozwija się ciekawie, jednak problemy rodzinne dziewczyny wciąż nie
uległy rozwiązaniu. Wojtek, wciąż zmagający się z traumą po porzuceniu przez ojca,
wreszcie ma go spotkać. U chłopaka wzmagają się również zaburzenia odżywiania
oraz uwidacznia się brak wiary w powodzenie marzenia o wyprowadzce z Matim do
Warszawy. Dodatkowo w szkole pojawia się też wyciek zdjęć jednej z dziewczyn,
nacechowany bardzo jednoznacznie. I nawet jeśli tańca z ogniem jest mniej,
płomieni na kartach powieści wciąż spotkacie całe mnóstwo. A do tego studniówka, matura i konieczność nauki...
O ile o „Dzwonku na długą przerwę” miałam zdanie, że jest to
książka ważna i potrzebna, tak w przypadku „Ostatniego dzwonka”… Cholera jasna,
nie sądziłam nawet, że tak na tę opowieść czekałam. To już nie tylko kwestia
sympatyzowania z tymi, których można było uznawać za underdogów, dzieciaki
prześladowane i obwiniane o wszystko. To opowieść o tym, że każdy w wyniku
pewnych decyzji może wplątać się w niezłe bagno. To także dająca nadzieję historia
o przemianie, o przebaczeniu i człowieczeństwie. To również emocje, których w
trakcie lektury wyzbyć się nie sposób: zaciekawienie, współczucie, złość czy
rozbawienie. Bo sorry, ale przy „geje tańczą poloneza” kwikłam, gdy przypomniał
mi się memiczny tytuł artykułu.
No i jeszcze jedna rzecz. Bohaterowie „Ostatniego dzwonka”
są ode mnie rocznikowo 2 lata młodsi. Dorastaliśmy zatem w podobnych czasach,
jarały nas podobne nowinki technologiczne i słuchaliśmy tej samej muzyki (sama
nawet puszczałam kiedyś Linkin Park przez szkolny radiowęzeł i byłam z tego
dumna). I ok, nie pamiętam ze swojej szkoły interakcji z przedstawicielami
tęczowego środowiska (wiecie, w Łomży było to srogim tabu i ludzie woleli pozostawać
w szafie), ale po kątach szeptało się nieraz o przerwaniu nauki przez
nastoletnią ciążę, a po internecie krążył filmik z toalety w III LO nagrany
przez jakiegoś tam Pieńkosia (mogliście o tym ze 20 lat temu słyszeć, jeśli
byliście już na świecie). Temat cyberprzemocy, wycieków intymnych treści i
towarzyszący temu hejt już wtedy był czymś, z czym niektórym przychodziło się
mierzyć.
„Ostatni dzwonek” wydaje się ciekawym domknięciem historii, choć mam wrażenie, że opowieść ma wciąż potencjał, by płynąć dalej. Bohaterowie, mimo że z początków wydają się reprezentacją różnych grup, mają ludzką twarz i naprawdę da się ich lubić. Nie są sztuczną, wciśniętą na siłę kreacją jak w niejednej produkcji zza oceanu. To może być każdy – ty czy twój kolega lub koleżanka. I to jest piękne. Więc jeśli kiedykolwiek pojawią się dalsze lody Wagantów i spółki, z pewnością zajrzę, co też i Wam polecam.

Komentarze
Prześlij komentarz